Czy rozwój osobisty może nam szkodzić?

Czy rozwój osobisty może nam szkodzić?

rozwój osobisty

Pamiętam moment, w którym pierwszy raz pomyślałam: „chyba mam już dość czytania o tym, jak być lepszą wersją siebie”. Brzmi paradoksalnie… W końcu prowadzę portal o rozwoju osobistym. 🙈 Ale właśnie dlatego czuję, że mogę, i powinnam, zadać Ci to niewygodne pytanie: co, jeśli rozwój, który miał Cię wzmacniać, czasem zaczyna Cię osłabiać?

Nie chcę zniechęcić Cię do pracy nad sobą. Ale chcę pokazać Ci subtelną różnicę między rozwojem, który nam pomaga, a rozwojem, który nam szkodzi. 

Rozwój osobisty 

Rozwój osobisty brzmi jak coś bezsprzecznie dobrego. W końcu co może być złego w chęci stawania się lepszą wersją siebie? 🤔 Uczymy się, wyznaczamy cele, pracujemy nad nawykami, lepiej planujemy i próbujemy bardziej świadomie kierować swoim życiem. Sama od lat piszę o planowaniu, produktywności, dyscyplinie i działaniu. Wierzę, że możemy wiele zmienić, jeśli przestaniemy tylko czekać, a zaczniemy robić choćby małe kroki w stronę tego, czego chcemy.

A jednak coraz częściej myślę, że rozwój osobisty ma również drugą stronę.

Może nas wspierać i pomagać budować życie po swojemu. Ale może też sprawić, że zaczniemy patrzeć na siebie jak na projekt, który nigdy nie jest skończony. Jak na coś, co bez przerwy trzeba poprawiać, usprawniać i naprawiać. I chyba właśnie wtedy coś, co miało nam pomagać, zaczyna nam szkodzić.

Kiedy „chcę się rozwijać” zmienia się w „wciąż jestem niewystarczająca”

Na początku zwykle pojawia się dobra intencja. Chcemy lepiej organizować dzień, zdrowiej jeść, więcej czytać, regularnie ćwiczyć, rozwijać firmę, nauczyć się nowej umiejętności…. Można tu wstawić wszystko, na czym nam akurat zależy. Szukamy inspiracji, kupujemy książkę, zapisujemy się na kurs, obserwujemy osoby, które są już tam, gdzie my dopiero chcemy dotrzeć. I naprawdę nie ma w tym nic złego i cieszę się, że chcemy się rozwijać. 

Problem zaczyna się wtedy, gdy zamiast czerpać z tego energię i coś pozytywnego, czujemy, że ciągle robimy za mało.

Ktoś wstaje o piątej rano, więc nasza szósta trzydzieści nagle wydaje się późną porą. Ktoś trenuje pięć razy w tygodniu, dlatego nasze dwa treningi przestają cieszyć, bo ćwiczymy tylko 2 razy w tygodniu. Ktoś prowadzi firmę, nagrywa podcast, publikuje codziennie i jeszcze znajduje czas na idealnie wyglądające śniadanie. Patrzymy na własny dzień, który czasem jest chaotyczny, czasem zwyczajny, czasem po prostu trudny… i dochodzimy do wniosku, że znowu nie dałyśmy / daliśmy z siebie wszystkiego. 🤷‍♀️

Tylko czy naprawdę musimy przez cały czas dawać z siebie wszystko?

Życie nie jest projektem, w którym każdy dzień powinien zakończyć się wzrostem. I z pewnością nie każda godzina musi być wykorzystana produktywnie. Nie każda pasja musi stać się nowym biznesem, a odpoczynek nie potrzebuje uzasadnienia.

I szczerze muszę się Wam przyznać, że ja nadal się tego uczę i nad tym pracuję. 

Pułapka ciągłego naprawiania siebie

Rozwój osobisty łatwo opiera się na przekonaniu, że obecna wersja nas samych jest tylko etapem przejściowym. Jeszcze trochę pracy i w końcu będziemy wystarczająco zdyscyplinowani, spokojni, pewni siebie, produktywni czy super zorganizowani. Jeszcze jeden nawyk. Jeszcze jedna książka. Jeszcze jeden kurs. Jeszcze jeden system planowania… 

A potem zacznie się „prawdziwe życie”.

Tyle że moment, w którym wszystko jest już uporządkowane, raczej nie nadchodzi. Przynajmniej dzieje się tak niezwykle rzadko. Bo zawsze pojawi się kolejny obszar do poprawienia. Gdy nauczymy się dobrze planować, uznamy, że powinnyśmy lepiej odpoczywać. Kiedy zaczniemy regularnie ćwiczyć, okaże się, że źle śpimy. Gdy firma ruszy do przodu, natychmiast przesuniemy cel jeszcze wyżej.

Nie ma niczego złego w zmianie ani ambicji. Sama bardzo je lubię. Nie chciałabym jednak, żeby dążenie do kolejnej wersji siebie odbierało nam możliwość polubienia tej, którą jesteśmy dzisiaj.

Możemy jednocześnie chcieć się rozwijać i nie uważać się za osoby niewystarczające. Możemy pracować nad swoimi słabościami, nie zamieniając całego życia w niekończący się proces naprawczy.

Nie każda rada jest dla nas

Internet sprawił, że mamy dostęp do ogromnej ilości wiedzy. To z pewnością wielki przywilej. Nigdy wcześniej zdobywanie wiedzy nie było tak proste, jak dzisiaj. 

Ale z drugiej strony jest to także źródło nieustającego hałasu. Każdego dnia ktoś mówi nam, jak powinnyśmy pracować, odpoczywać, jeść, trenować, prowadzić biznes, wychowywać dzieci, budować relacje, zarządzać pieniędzmi… Właściwie znajdziemy w Internecie radę na wszystko. 

Jedna osoba przekonuje, że dzień trzeba zaczynać o piątej. Druga mówi, że najważniejsze jest życie zgodne z własnym rytmem. Jedna zachęca do dokładnego planowania, inna do pełnej spontaniczności. Każda brzmi bardzo pewnie i każda z tych osób pokazuje swoje rezultaty. I niestety każda może sprawić, że zwątpimy we własny sposób działania.

Bardzo łatwo jest zapomnieć, że widzimy jedynie fragment czyjegoś życia. W dodatku najczęściej ten starannie wybrany fragment. Nie znamy szczegółów z życia danej osoby. Zdrowia, zobowiązań, wsparcia, sytuacji finansowej czy ceny, jaką osoba ta zapłaciła za prezentowane efekty.

Dlatego cudze rady warto traktować jak propozycje, nie polecenia. Możemy coś sprawdzić, dopasować do siebie, a potem bez poczucia winy odrzucić, jeśli nam nie służy. Nie potrzebujemy wdrażać wszystkiego, co brzmi rozsądnie.

Toksyczna produktywność, czyli odpoczynek z poczuciem winy

Jedną z najtrudniejszych pułapek rozwoju osobistego jest przekonanie, że nasza wartość zależy od tego, ile robimy. Jeśli dzień był produktywny – czujemy zadowolenie. Jeśli zrealizowałyśmy tylko część planu – pojawia się rozczarowanie. Gdy odpoczywamy, gdzieś z tyłu głowy odzywa się myśl, że przecież mogłybyśmy w tym czasie zrobić coś pożytecznego. Tu w ogóle wchodzi jeszcze kwestia pokoleniowo, bo wielu z nas, tak właśnie zostało wychowanych. Ja też jestem jedną z tych osób. 

Odpoczynek jest potrzebny! Kropka. Może przybierać różne formy. Bez odpoczynku nie ma produktywności, dobrego samopoczucia, zdrowia ani dyscypliny. Odpoczynek jest naturalną częścią naszego życia i nie ma potrzeby nadawać temu specjalnej wartości. 

Rozwój może stać się formą ucieczki

Czasami łatwiej jest czytać o działaniu, niż zacząć działać. Łatwiej kupić kolejny planer, niż usiąść nad trudnym zadaniem. Łatwiej zapisać się na następny kurs, niż wykorzystać wiedzę z trzech poprzednich. 

Znam doskonale to uczucie. I mimo pracy nad tym, nadal czasem łapię się, że znowu to zrobiłam. Nowa książka albo kurs dają przyjemne poczucie świeżego startu. Przez chwilę wydaje nam się, że tym razem wszystko się zmieni. Tylko, że wiedza sama w sobie rzadko zmienia życie. Zmienia je dopiero zastosowanie tej wiedzy. I to jest ten etap, który bywa często nieidealny, jest z pewnością mało widowiskowy i przez to, że jest powtarzany przez długi czas, jest po prostu nudny.

Rozwój osobisty może więc stać się bardzo elegancką formą prokrastynacji. Czujemy, że nad sobą pracujemy, ale w rzeczywistości wciąż przygotowujemy się do wykonania pierwszego kroku.

Może wcale nie potrzebujemy następnej metody. Może wiemy już wystarczająco dużo, żeby zacząć? 

Czy w takim razie powinniśmy zrezygnować z rozwoju osobistego?

Nie. Nie sądzę, żeby problemem był sam rozwój osobisty. Problem pojawia się wtedy, gdy przestaje być możliwością, a staje się przymusem. Gdy zamiast chęci usparwnienia czegoś w swoim życiu napędza nas lęk, że pozostając sobą, będziemy niewystarczający.

Zdrowy rozwój nie mówi: „Musisz stać się kimś innym, żeby zasługiwać na dobre życie”. Raczej pyta: „Co mogłoby pomóc Ci żyć trochę lepiej i bardziej po swojemu?”.

Nie wymaga ciągłego przyspieszania. Pozwala czasem zwolnić, zmienić zdanie, odpuścić cel, który przestał być ważny, albo przez pewien czas jedynie utrzymywać to, co już zbudowałyśmy i nie dążyć do sukcesów za wszelką ceną i w ekspresowym tempie.

Może oznaczać ambitny projekt i intensywną pracę. Ale czasami będzie nim nauczenie się odpoczywania bez wyrzutów sumienia, wyznaczenie granicy, poproszenie o pomoc albo przyjęcie, że nie wszystko da się kontrolować.

Jak rozwijać się w sposób, który naprawdę nam służy?

Coraz częściej myślę, że warto od czasu do czasu zatrzymać się i zadać sobie kilka prostych pytań:

👉 Czy ten cel naprawdę jest mój, czy tylko dobrze wygląda w oczach innych?
👉 Czy treści, które obserwuję, dodają mi energii, czy głównie wywołują presję?
👉 Czy chcę coś zmienić z troski o siebie, czy dlatego, że ciągle czuję się niewystarczająca?
👉 Czy zdobywam wiedzę, której rzeczywiście potrzebuję, czy odwlekam działanie?
👉 Czy w moim planie jest miejsce na życie, którego nie trzeba mierzyć i optymalizować?

Odpowiedzi nie zawsze będą wygodne. Mogą jednak pomóc odróżnić rozwój, który nas wzmacnia, od tego, który tylko dokłada kolejne wymagania.

Warto również robić sobie przerwy od rozwojowych treści. Nie dlatego, że są złe, lecz dlatego, że nawet dobre wskazówki w nadmiarze mogą zagłuszyć własny głos. Czasami potrzebujemy mniej porad, a więcej ciszy, żeby usłyszeć, czego naprawdę chcemy.

Ja właśnie teraz jestem w tym miejscu i np. mam przerwę od konsumowania książek rozwojowych. Wracam do moich ukochanych kryminałów, które w ostatnich latach mocno zaniedbałam. 

Nie musisz zasłużyć na zadowolenie z siebie

Możesz wyznaczać cele i jednocześnie doceniać to, co już masz. Możesz pracować nad sobą, nie traktując siebie jak problemu do rozwiązania. I z pewnością możesz chcieć więcej od życia, a przy tym nie odkładać zadowolenia z siebie na moment, w którym wreszcie wszystko zrobisz idealnie!

Rozwój osobisty powinien poszerzać nasze życie, a nie je zawężać. Powinien dawać nam więcej wolności, nie kolejny zestaw zasad, których boimy się nie spełnić. Powinien pomagać nam wracać do siebie, zamiast bez końca przekonywać, że musimy stać się kimś innym.

Nie jesteśmy projektami do ukończenia. Jesteśmy ludźmi, którzy mogą się zmieniać, mogą się uczyć uczyć i próbować nowych rzeczy, a jednocześnie już teraz zasługują na odpoczynek, życzliwość i zwyczajne poczucie, że są wystarczający.

Może więc najzdrowsza wersja rozwoju osobistego nie polega na tym, by każdego dnia stawać się lepszą wersją siebie. Może chodzi o to, by coraz lepiej rozumieć, czego potrzebujemy i mieć odwagę budować życie, które naprawdę nam służy.

Granica między fajnym, wspierającym rozwojem a rozwojem, który nam szkodzi jest bardzo cienka. I piszę tu z dużym żalem. Z jednej strony chcę Cię zachęcać do pracy nad sobą, ale z drugiej nie chcę przekroczyć tej granicy, w której ten rozwój wywoła u Ciebie jakieś negatywne odczucia.   

I przyznam się, że jestem teraz nieco rozdarta. Chcę tworzyć dla Ciebie treści rozwojowe i jednocześnie nie dawać Ci powodów do myślenia, że musisz coś w sobie ciągle naprawiać. 

No i myślę, jak to wszystko ze sobą pogodzić. 

Tym czasem, życzę Ci wszystkiego, co najlepsze. Do usłyszenia. 

Podobał Ci się? Udostępnij dalej!

W artykule przeczytasz o: